Za oknem jest dosyć zimno i nieprzyjemnie, wszyscy w otoczeniu chodzą jacyś tacy zasmarkani, krótko mówiąc aura jesienna powoli przestawia nasze warunki biologiczne na inne tory. Z tej okazji zdecydowałem się wprowadzić nieco ciepła i podzielić się z wami dwiema bezcennymi rzeczami. Pierwszą będzie kolorowa pigułka ze skondensowanym przyjemnym spotkaniem z najlepszym trenerem samorozwoju, motywacji i lifestyle, zaś na deser dam każdemu z was pewną niesamowitą moc ;) powinno być ciekawie.
Naukowcy poświęcali, poświęcają i z pewnością jeszcze poświęcą wiele czasu na wykreowanie uniwersalnego, najlepszego stylu życia dla naszego zdrowia psychicznego jak i fizycznego. W internecie pojawiło się od groma artykułów opisujących wyniki ciekawych badań. Między innymi niedawno szeroko pisano o odkryciu możliwości spowolnienia procesu starzenia się poprzez odpowiedni styl życia. Ludzie badają, kombinują, szukają wciąż nowych i nowych rzeczy. To tak jak ta kobieta, która udała się do wielopiętrowego budynku, gdzie na każdym piętrze idąc w górę miała coraz lepszego kandydata na swojego męża. Zakładając "jest super, ale zajrzę jeszcze wyżej" odrzucała nawet tych idealnych, bezcennych sama nie znając tak naprawdę celu. Czy z nami nie jest podobnie. Jestem pewien, że w otoczeniu nie brakuje osobistości, którzy swoją pozytywną energią i tym złotym podejściem do życia zyskują sobie wasz szacunek i podziw. Czemu nie zwrócimy uwagi właśnie na takie osoby. A więc po raz kolejny powiadam - zwolnijmy, wyluzujmy się i skupmy się na sobie i naszym otoczeniu. Nie potrzeba nam tony informacji i poglądów z jak największej ilości źródeł. Tutaj przechodzimy do pierwszego elementu! Zmiana...
Najlepszym trenerem samorozwoju jest myśl. Zwykły surowiec z którego możemy wystrugać prawdziwe dzieło sztuki. To właśnie myśl jest bezbłędna, idealna. Wystarczy jedynie zdefiniować ją na swój sposób i popracować nad nią. To chyba oczywiste, czyż nie? Wystrugać coś niesamowitego samemu, zamiast dostać już ukończoną, ciekawą rzeźbę z której nijak pożytku raczej niema. Jednak pamiętajmy! Jak już bierzemy się za jedno dzieło, odłóżmy pozostałe. Nasza uwaga działa jedynie na jedną myśl i nie kombinujmy.
Powracając więc do stylu życia, w oparciu o własne doświadczenia i osób naładowanych pozytywną energią z mojego otoczenia, z którymi nieraz prowadziło się niesamowite rozmowy jestem dać głowę za to co zaraz napiszę. W kilku zdaniach dam wam myśl z nagłówkiem "Najlepszy styl życia" dając gwarancję wzrostu poziomu szczęścia, zdrowia psychicznego jak i tego fizycznego! Gotowy?
Całość oprę na czterech elementach:
Zdrowie psychiczne - Daję Ci karnet na siłownie mentalną. Przydałoby się nieco przypakować, czyż nie? ;) znajdź wolną chwilę (Przed snem jeżeli nie jesteś jeszcze śpiący, kilka minut nad ranem, po obiedzie czy w przerwie), dosłownie te 15 minut dziennie aby wygodnie usadowić się w ciszy i spokoju. Wziąć trzy głębokie wdechy i wydechy. Przywołać na swojej twarzy uśmiech i skupić się na swobodnym oddychaniu. Nawet nie uwierzysz jak już po pierwszym razie poczujesz się lepiej. Z początku pojawi się natłok myśli, spraw, na które pozostań obojętny. To jest Twoja chwila wyciszenia się i uspokojenia. Poczuj swój uśmiech i lekkość oddechu. Codzienna, kilkuminutowa sesja tego typu pozwala wypocząć mięśniom, uspokoić i wyrównać rytm pracy organizmu, poprawić samopoczucie, zafundować przerwę wzrokowi czy słuchowi. Możesz na ten czas włączyć sobie przyjemną muzyczkę (najlepiej bez wokalu). Zaś co do pozytywnych odbić w sferze psychicznej... tyle tego jest, że aż szkoda gadać :)
Zdrowie fizyczne - Czyli krótko mówiąc aktywność fizyczna. Przede wszystkim uprawianie sportu ale i zwykłe ćwiczenia rozciągające, spacery, prace w ogródku czy tam majsterkowanie. Czas który poświęcamy na odpoczynek jest niepoprawnie zbyt długi w zestawieniu z faktycznym, który wymaga nasz organizm.
Pasja - Każdy jest niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju, lecz nie każdy posiada niesamowitą energię, której niekiedy można pozazdrościć drugiej osobie. Ten płomyk w oczach kiedy opowiada o swojej pasji... nawet jeżeli plecie bzdury i niezbyt za tym przepadamy to i tak po czuć lekką zazdrość i szacunek - ten niezależnie od wszystkiego i tak to kocha. To go definiuje i kreuje jego osobowość. Perpetum mobile - kiedy to robi czerpie garściami radość i motywacje, aby móc robić to dalej. Niezależnie od opinii innych. Pełen szacunek.
Szczęście - Czyli nasz ster. Jest szczęście, są chęci, pojawia się energia, radość z życia i flow pozwalające nam osiągać coraz lepsze wyniki. Nie szukajmy tego elementu, nie próbujmy go definiować, zrozumieć. To tak jak porywająca piosenka - wsłuchaj się w nią i tańcz. Jak ulubiona potrawa - nie grzeb widelcem patrząc co jest na talerzu a pałaszuj z uśmiechem :D
Pozbawione zbędnego rozwinięcia, cztery surowce na Twoje wielkie dzieła. Zadbaj o nie. Ale! To ostatnie pozostaw bez obróbki. W moim odczuciu najpiękniejszymi słowami są te niewypowiedziane, najpiękniejszym widokiem jest ten jeszcze nie ujrzany i najważniejszą myślą pozostaje ta niezdefiniowana, niezrozumiana. Taki przystojny facet/piękna kobieta gdzie zamiast zastanawiać się jak ma na imię, ile zarabia, gdzie mieszka, po prostu dajemy się ponieść energii, uczuciom. Magia. Nie gaśmy jej. Pozwólmy sobie na nieco smaczku w swoim życiu ;)
Ahh obiecałem również przekazać niesamowitą moc. Uwaga, przygotuj się. Łapię kontakt... przesyłam... jeszcze chwila. Dobra, zrobione! Znajdź pewien drobiazg, który możesz później bez problemu wyrzucić - może to być kulka papieru, chusteczka, spinacz, obojętnie co. Dałem Ci możliwość przesyłania złej energii i gromadzenie jej właśnie w tej małej rzeczy. Poczuj jak stres, nerwy czy złe myśli opuszczają ciało i chowają się do tego przedmiociku. Pozytywna energia przejmuje dominacje, czujesz się o wiele wiele lepiej. Wrzuć to do kieszeni aby nie wadziło w czynnościach i ciągle miej świadomość, że w końcu masz już gdzie pozbyć się niemiłych odczuć. Pamiętaj tylko aby co kilka godzin zmieniać aby się nie przelało... albo po prostu ścieśniaj :) dobrej zabawy, miłego dzionka, przybij piątkę i trzymaj się ciepło!
piątek, 27 września 2013
sobota, 21 września 2013
Psychologia szczęścia - bezcenny fakt?
Powiedz mi, tak do monitora, co sprawiło, że właśnie czytasz ten post? Zapewne chęć bycia szczęśliwym. Poprawienia swojej sytuacji, samorozwój. Czyż nie? Siedzisz, czytasz tony cennych słów i wciąż analizujesz nowsze, lepsze sposoby doskonalenia siebie. Zderzasz się z wieloma pytaniami, dylematami, odkrywasz niesamowite fakty o psychice. Poznajesz punkt widzenia innych, umiesz coraz więcej zjawisk wytłumaczyć, rozwijasz swoją inteligencje... nowe techniki, sposoby, szkolenia, kształcenia... wiedza, wiedza, wiedza. Ale poczekaj. Charlie Chaplin. Wspaniały aktor, którego niesamowita przemowa z filmu "The great dictator" wielokrotnie powtarza się w wielu utworach muzycznych.
"We think too much and feel too little"
Czemu o tym wszystkim zapomnieliśmy? Nieśmiertelne słowa (oczywiście polecam jego cały speech). A więc poczujmy i pójdźmy tą najprostszą drogą. Sami wiemy najlepiej czego nam potrzeba, co czyni nas szczęśliwymi. Nie potrzeba nam całego tego ogromu wiedzy. Ton słów przetoczonych w niezliczonej ilości książek. Kolejnych i kolejnych pytań w głowie. Czemu wciąż szukasz większego i większego i jeszcze większego źródła szczęścia? Nie idźmy naprzód, pozostając ślepi na otoczenie. Zatrzymajmy się, weźmy głęboki wdech i cieszmy się życiem. Nie potrzeba mi fachowej terminologii z dziedziny psychologii czy rozeznania w myślach najlepszych filozofów, aby cieszyć się życiem. Nie myślmy a czujmy i róbmy to co chcemy. Tak...
Cytując jeszcze chłopaków z KPINERS, a dokładnie z ich świetnego filmiku Prostak i Wyrocznia:
"Powinienem zrobić to, czy powinienem zrobić tamto?" Możesz zrobić to, aczkolwiek też, możesz zrobić tamto" ;)
Polecam i pozdrawiam!
"We think too much and feel too little"
Czemu o tym wszystkim zapomnieliśmy? Nieśmiertelne słowa (oczywiście polecam jego cały speech). A więc poczujmy i pójdźmy tą najprostszą drogą. Sami wiemy najlepiej czego nam potrzeba, co czyni nas szczęśliwymi. Nie potrzeba nam całego tego ogromu wiedzy. Ton słów przetoczonych w niezliczonej ilości książek. Kolejnych i kolejnych pytań w głowie. Czemu wciąż szukasz większego i większego i jeszcze większego źródła szczęścia? Nie idźmy naprzód, pozostając ślepi na otoczenie. Zatrzymajmy się, weźmy głęboki wdech i cieszmy się życiem. Nie potrzeba mi fachowej terminologii z dziedziny psychologii czy rozeznania w myślach najlepszych filozofów, aby cieszyć się życiem. Nie myślmy a czujmy i róbmy to co chcemy. Tak...
Cytując jeszcze chłopaków z KPINERS, a dokładnie z ich świetnego filmiku Prostak i Wyrocznia:
"Powinienem zrobić to, czy powinienem zrobić tamto?" Możesz zrobić to, aczkolwiek też, możesz zrobić tamto" ;)
Polecam i pozdrawiam!
poniedziałek, 16 września 2013
Watashi wa Jinsei desu
Brudno-pomarańczowa poświata ulicznych lamp rozpływa się w wieczornej mgle, kiedy wolnym krokiem zmierzam na przystanek autobusowy. Cichy szum deszczu wprawia mnie
w odpowiedni nastrój. Jak ja to lubię. Te pomarańczowe wodne płomyki tańczące w każdej kałuży zapełniającej liczne doły w asfalcie. Ciepły widok. Wiem, że mam jeszcze
sporo czasu, jednak odruchowo rzucam okiem na wskazówki zegarka. Ten jednak milczy wskazując za dziesięć siódmą. Dziwne, przecież niedawno wymieniałem w nim baterie.
Znów będę musiał skierować się do zegarmistrza. Ostre światło zbliżającego się samochodu na kilka chwil płoszy moje myśli. Mrużąc oczy wykrzywiam twarz w grymasie.
Czy ten palant musi nawalać długimi w prawie samym centrum miasta? Spluwam na chodnik, kiedy oglądam się za piekielną maszyną. Z piersi wyrywa mi się wzdychnięcie.
Zbliża się kolejny. Tym razem jednak coś jest nie tak. Czy on przypadkiem nie pędzi wprost na mnie? Co jest?!
***
Pobudka była dosyć nieprzyjemna. Nagłe wciśnięcie hamulców przez mojego towarzyszy za nic nie oszczędziło drzemiącego mnie, w wyniku czego zaliczyłem bliskie spotkanie
z deską rozdzielczą. Piekielny ból rozlał się na całym czole wprawiając w niezłe ogłupienie. Ogłuszony z początku, zareagowałem dosyć gwałtownie zarzucając całym ciałem
w dosyć ograniczonej przestrzeni. Nie wiem co jeszcze zbroiłbym oprócz siniaka na prawym ramieniu kierowcy, gdyby nie Rada. Siedząca dotąd grzecznie z tyłu, wpatrzona
swoimi słodkimi oczami w szybę, w odpowiedniej chwili potrafi zachować zimną krew i zareagować. W jednej chwili chwyciła mnie za ręce, skrzyżowała i z całych sił
pociągnęła do siebie lekko mnie przyduszając. To wystarczyło abym odzyskał świadomość. Rzuciłem nerwowo przekleństwem kierując natychmiast pytający wzrok na Funtona.
Ten energicznie pocierał ramię, szczerząc swoje żółte zęby. Drugą ręką przejechał po naciągniętym na głowę kapturze i ochrypłym głosem wymruczał:
-Nie moja wina.
-Rozumiem - odwzajemniając krzywy uśmiech i odwracając się za siebie.
-Rada, dzięki. -Brak odpowiedzi był do przewidzenia. Choć znamy się od dwóch dni, Rada dotychczas nie odezwała się do nas ani słowem. Postanowiła ograniczyć się
jedynie do drobnych uśmieszków i przytakiwania. Zapewne jej historia była nieco ciemniejsza od naszej. Jednak na gorzkie smaczki jeszcze przyjdzie czas.
Futon jako pierwszy opuścił nasz wehikuł. Krocząc dookoła czarnego bmw w którego przyłożyliśmy zastanawiał się nad nowym wyjściem. Zbliżała się powoli trzecia w nocy.
Jeszcze trochę i zacznie świtać. Trzeba działać. Biorę głęboki wdech i przekładając swój karabin na plecy wyskakuje z miejsca pasażera. Nisko osadzone siedzisko
w początkowej fazie wyskoku wprawia mnie w lekkie zachwianie, na szczęście w porę nadążam oprzeć się o drzwi bo inaczej zaliczyłbym glebę. Widząc tą nieporadność
koleżanka z tyłu jedynie cicho odchrząkuje, kryjąc swój śmiech. Ja jej jeszcze pokażę! Ale nie czas na to. W oddali daje się słyszeć cichutkie dudnienie. Z pewnością
kontakt dwóch metalowych stworów nie obszedł się bez hałasu. Futon natychmiast pada brzuchem na asfalt kiedy ja dopiero zaczynam orientować się w problemie.
Częstotliwość odgłosów oraz ton wskazuje na dwuosobowy komitet powitalny. Cichy ryk przecina eter w momencie rozbłysku pierwszej serii. Trzy strzały wystarczają aby
zwalić obślizgłe cielsko na zimny grunt. Drugi jegomość chyba wykalkulował sobie sytuacje i zdecydował się na odwrót. Zła decyzja. Świecąc swą latareczką przymocowaną
do broni, wprost w jego pokryte dziwnym materiałem plecy, wypluwam zaledwie jeden nabój. Więcej mi szkoda, trzeba oszczędzać. Tyle w zupełności wystarcza. Gość
pada jak ścięte drzewo, wijąc się nerwowo, niczym nabita na hak dżdżownica. Głuchy jęk kobiecego głosu dobiega do mnie, uświadamiając sytuacje. Mimo wszystko kiedyś
mógł być to nasz brat, sądząc czy kolega. Nie wypada tak to zostawiać. Wykonuję kilka kroków w stronę wijącego się dzikusa i wyrywając zza pasa swoją pukaweczkę,
ukrócam biedakowi cierpienie. Tak już lepiej. Choć tym razem nasz towarzysz-kierowca jest mniej zadowolony, jednak każdemu się nie dogodzi, nieprawdaż? Korzystając z
chwili zastoju biorę głęboki wdech. Chłodne, wilgotne powietrze wywołuje lekkie mrowienie na całym ciele. Jak ja to lubię. Najlepszy sposób na rozbudzenie się. Albo
jeszcze garść lodowatej wody chluśniętej wprost w zaspane oczy. Oj tak!
-Zmykamy, więcej problemów nam już tu nie potrzeba -Poważny głos naszego szefunia wyprawy muszę przyznać budzi szacunek. Choć ma niewiele ponad 20 lat podobnie jak ja,
jego wieczna chrypka budzi swojego rodzaju... podziw. Może i swoją rolę odgrywa tu też jego opanowanie i wprawa w niebezpiecznych sytuacjach, jak ta przed sekundą?
Niemniej jednak dobrze mieć go w swoim składzie. Nie mówiąc zbyt wiele pakuję się na powrót na swój ciepły fotel pasażera. Rzucam jeszcze okiem na naszą towarzyszkę.
Ta pozwoliła sobie lekko odpłynąć. Ściskając w dłoni pewien różnokształtny przedmiot, mruga wpatrzona w przednie lusterko. Nieświadomie zawieszam się wpatrzony wprost
w jej ciemne oczka. Muszę przyznać, że jest w nich coś przyciągającego. Jak w całej ich właścicielce, która przelotnie odwzajemnia spojrzenie,
przeskakując znów na szybę. Czuję, że rośnie mi na twarzy uśmiech. W tej samej chwili nasz metalowy potwór powraca do życia, odklejając się od przeszkody. Kierowca
z wprawą wyrywa auto do tyłu, zarzuca na bok i przejeżdżając po zwłokach pędzi asfaltem w górkę, ku wskazanemu na mapie miejscu. Cichy zgrzyt kości, łamanych pod
naciskiem maszyny pozostawia w mojej świadomości nieprzyjemny powiew. Chyba już sobie tak łatwo nie zasnę. Tym bardziej, że cel jest już tuż tuż.
***
Panie kolego, to nie są żadne wymysły a rzeczywistość. Oni wiedzą co robią, organizują się i w ogóle. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że ich sposób porozumiewania
niesie ze sobą wiele pytań. Nikt jeszcze nie usłyszał aby coś do siebie mówili. Po prostu zachowują się jak stare małżeństwo, które rozumie się bez słów. Ja robię to
a ty tamto i wszystko. To nie jest raczej jakaś wyższa, lepiej rozwinięta forma nas samych, ale i niema tu mowy o żadnym regresie ewolucyjnym. Takie niezbadane
całkiem nowe, uniwersalne alter-ego przeznaczone dla wybranej grupy.
-Proszę mi wybaczyć profesorze ale to jest stek bzdur.
-Uważaj młody człowieku. To nie przelewki, nie masz już u boku policjanta jak i prawa. W każdej chwili ktoś gotów jest bez zawahania wpakować swoje ostrze w plecy,
zagarniając we własne ręce całe twoje wyposażenie. Mogę to być ja, twój kompan jak i spotkany przypadkiem handlarz.
-A więc sugerujesz aby usuwać takie zagrożenia, pakując każdemu napotkanemu kulkę między oczy?
-Nie do końca. Źle odbierasz moje słowa. -Odpuszczam sobie ciągnięcie w nieskończoność tej rozmowy. Powiedzmy że poglądy regulowane różnicą wiekową i doświadczeniem
nie pozwolą dojść nam do konsensusu. W milczeniu zagarniam pożywienie do plecaka, sprawdzam magazynki i biorę się za przyszywanie łaty przy lewym rękawie bluzy. W tym
samym czasie w progu pojawia się Futon. Pocierając zaspane i poklejone oczy mruczy coś o czasie i że musimy ruszać dalej. Ledwo co przybyliśmy na miejsce a już musimy
wiać naprzód. Szkoda, że nie pozostaniemy dłużej w bazie naszej jednostki. Chociaż liczy ona oprócz nas dziesięć osób, jest tu dosyć przytulnie. Kto spodziewałby się,
że pusty budynek po małym markecie będzie dla niektórych osób ostatnim bastionem. Obudowane blachami drzwi wejściowe i wszystkie okna, prowizorycznie wydzielone
kilkumetrowe przestrzenie, oddzielone pułkami sklepowymi, służące jako pokoje. Zapytasz o wystrój? Jakiś materac, kwiatek, różne klamoty na półkach i latarka. Czego
potrzeba więcej? Mały magazyn przerobiony na cuchnącą zagrodę dla jeszcze żywego mięsiwa. Wolne przestrzenie wypełnione w hali donicami z różnego rodzaju
warzywami, owocami itp. W miejscu gdzie były trzy kasy ułożono interesujący mur z przeróżnych klamotów, sięgający pod sam dach, w którym warto zauważyć postarano się
o wybicie wielkiego otworu na rurę odprowadzającą dym z głównego paleniska. Dodatkowo przy wyjściu porozstawiano kilka interesujących pułapek. Niestety są to dosyć
niezdarne chwyty. Większość uwagi przeszła teraz na budowę piwnicy. Aktualnie prace stanęły na etapie wykopania dwumetrowego dołu. Zawsze to coś. Muszę przyznać,że
jest tu dosyć przyjemnie. Nigdy nie przypuszczałem, że będę mógł się czuć aż tak przyjemnie w jakimś sklepie. Zapach smażonego mięsa, kwiatków i trącający co jakiś
czas swojski powiew przy otwarciu drzwi do magazynu. Jakbym był na dawnej wsi. Tylko te światło. W dzień jeszcze tako jako szyby pancerne umieszczone w dachu pozwalają
coś zobaczyć ale kiedy zajdzie słońce? Bez latarki ani rusz. Na szczęście zapas baterii wystarczy na kilka miesięcy. Wystarczająco czasu aby zadbać o oświetlenie.
Tylko co z... moje myśli nagle urywają się. Przede mną stoi rozczochrana Rada. Ściskając w ręku kubek z mlekiem, poprawia lekko przydługą, szarą bluzę. Wyraźnie ma
ochotę coś mi powiedzieć. Widzę to po jej oczach. Niestety decyduje się na sekundowy uśmiech, znikając znów między porozmieszczanymi w sąsiedztwie niby-domkami.
Rozumiem, że czas ruszać. Zarzucam na ramię plecak i salutując profesorkowi przekraczam próg jego małego pokoiku.
***
Odbiegnijmy nieco wprzód. Zaledwie kilka dni zajęło nam dostanie się do celu wyprawy - drobnej mieściny zlokalizowanej na pomorzu. Szeroka, żółta plaża, jeszcze
szersza ciemno-niebieska tafla aż w końcu nie do ogarnięcia okiem, pokryte niezliczoną ilością szarych, puszystych chmur niebo. Z początku poczułem się nieswojo.
Ten ogrom zaczął mnie lekko przerażać, odbierając na kilka chwil tchnienie. Dziwne uczucie. Od kiedy tylko poznaliśmy się naszym jedynym marzeniem było dostanie się tu.
Z tej drobnej myśli, planu, czerpaliśmy radość i motywacje na kolejne ciężkie chwile. A więc skąd ten cholerny smutek? Co mamy dalej począć? Każdy dzień ogranicza się
do zadbania o pożywienie, odnalezienia bezpiecznego miejsca i przeżycia następnego i następnego dnia na tej ziemi. Czy potrzeba nam kolejnego marzenia? Zapewne tak.
Musimy się w pewien sposób określić, odnaleźć. Tym razem nie za blisko ani nie za daleko.
-Watashi! -Cięta dłoń naszej kompanki ląduje na moim ramieniu. Lekki uśmiech i pogodne oczy zdradzają chęć rozmowy. Niesamowite. Zupełnie nie wiem jak mam w tej chwili
zareagować.
-Watashi... Pamiętasz ciepłe promienie słońca o poranku wywołujące niezależnie od nas uśmiech na twarzy? Pierwsze sekundy po zbudzeniu się w letni dzionek, gorącą
herbatę popijaną w soczysto-zielonym otoczeniu ogrodowych roślinek? Zapach świeżego deszczu po długim okresie suszy? Milony płatków śniegu z gracją sunących na
bielutko wyścielaną glebę? Biały puch migający tysiącami światełek? Pomarańczowe płomyki tańczące na wodzie? -Zupełnie nie wiem co odpowiedzieć, czując jedynie
ciepłe wibracje w klatce piersiowej.
-Czemu mamy przejmować się złem, problemami, filozofować i rozważać wiele kwestii? Drapać się po głowie na myśl o niepojętej przestrzeni kosmicznej, niezbadanej
przeszłości i niepojętej przyszłości? Kurde! Chcę być szczęśliwa i to osiągnę. Jednak nie grzebiąc w wysokich sferach psychologicznych, poznając najlepsze drogi do
szczęścia opisane przez najwyższych uczonych. Nie! Ja pójdę śladami dziecka zachwyconego tym wszystkim. Mało wiem, jeszcze mniej chcę wiedzieć. Skoro granica między
złem a dobrem ściera się przy braku odniesienia, to samo dzieje się z mądrością i głupotą. W końcu to co nas zamartwia to właśnie wiedza i świadomość niektórych spraw.
Ale my chcemy być przecież szczęśliwi. Jaki jest sens aby było inaczej?
-A jeżeli szczęście ściera się i ze smutkiem
-W tym przypadku i tak chcemy być pełni radości i chęci.
-Dziwna jesteś -Rzuca dosyć oschle Futon.
-Spadaj. Nikt nie jest normalny, wszyscy są jacyś dziwni. A więc to normalność w prawdziwej definicji słowa "dziwne" jest na miejscu.
-A więc skoro wszystko się ściera to nic niema sensu.
-Watashi... szczerze? Mam te wszystkie rozważania gdzieś. Życie na nas czeka! -Rada z uśmiechem pociąga łyk wody z plastikowej butelki i głęboko wzdychając kieruje
się w stronę samochodu. Nie przypuszczałem, że ona jest taka dziwna. Ale ja to lubię. Bardzo lubię.
w odpowiedni nastrój. Jak ja to lubię. Te pomarańczowe wodne płomyki tańczące w każdej kałuży zapełniającej liczne doły w asfalcie. Ciepły widok. Wiem, że mam jeszcze
sporo czasu, jednak odruchowo rzucam okiem na wskazówki zegarka. Ten jednak milczy wskazując za dziesięć siódmą. Dziwne, przecież niedawno wymieniałem w nim baterie.
Znów będę musiał skierować się do zegarmistrza. Ostre światło zbliżającego się samochodu na kilka chwil płoszy moje myśli. Mrużąc oczy wykrzywiam twarz w grymasie.
Czy ten palant musi nawalać długimi w prawie samym centrum miasta? Spluwam na chodnik, kiedy oglądam się za piekielną maszyną. Z piersi wyrywa mi się wzdychnięcie.
Zbliża się kolejny. Tym razem jednak coś jest nie tak. Czy on przypadkiem nie pędzi wprost na mnie? Co jest?!
***
Pobudka była dosyć nieprzyjemna. Nagłe wciśnięcie hamulców przez mojego towarzyszy za nic nie oszczędziło drzemiącego mnie, w wyniku czego zaliczyłem bliskie spotkanie
z deską rozdzielczą. Piekielny ból rozlał się na całym czole wprawiając w niezłe ogłupienie. Ogłuszony z początku, zareagowałem dosyć gwałtownie zarzucając całym ciałem
w dosyć ograniczonej przestrzeni. Nie wiem co jeszcze zbroiłbym oprócz siniaka na prawym ramieniu kierowcy, gdyby nie Rada. Siedząca dotąd grzecznie z tyłu, wpatrzona
swoimi słodkimi oczami w szybę, w odpowiedniej chwili potrafi zachować zimną krew i zareagować. W jednej chwili chwyciła mnie za ręce, skrzyżowała i z całych sił
pociągnęła do siebie lekko mnie przyduszając. To wystarczyło abym odzyskał świadomość. Rzuciłem nerwowo przekleństwem kierując natychmiast pytający wzrok na Funtona.
Ten energicznie pocierał ramię, szczerząc swoje żółte zęby. Drugą ręką przejechał po naciągniętym na głowę kapturze i ochrypłym głosem wymruczał:
-Nie moja wina.
-Rozumiem - odwzajemniając krzywy uśmiech i odwracając się za siebie.
-Rada, dzięki. -Brak odpowiedzi był do przewidzenia. Choć znamy się od dwóch dni, Rada dotychczas nie odezwała się do nas ani słowem. Postanowiła ograniczyć się
jedynie do drobnych uśmieszków i przytakiwania. Zapewne jej historia była nieco ciemniejsza od naszej. Jednak na gorzkie smaczki jeszcze przyjdzie czas.
Futon jako pierwszy opuścił nasz wehikuł. Krocząc dookoła czarnego bmw w którego przyłożyliśmy zastanawiał się nad nowym wyjściem. Zbliżała się powoli trzecia w nocy.
Jeszcze trochę i zacznie świtać. Trzeba działać. Biorę głęboki wdech i przekładając swój karabin na plecy wyskakuje z miejsca pasażera. Nisko osadzone siedzisko
w początkowej fazie wyskoku wprawia mnie w lekkie zachwianie, na szczęście w porę nadążam oprzeć się o drzwi bo inaczej zaliczyłbym glebę. Widząc tą nieporadność
koleżanka z tyłu jedynie cicho odchrząkuje, kryjąc swój śmiech. Ja jej jeszcze pokażę! Ale nie czas na to. W oddali daje się słyszeć cichutkie dudnienie. Z pewnością
kontakt dwóch metalowych stworów nie obszedł się bez hałasu. Futon natychmiast pada brzuchem na asfalt kiedy ja dopiero zaczynam orientować się w problemie.
Częstotliwość odgłosów oraz ton wskazuje na dwuosobowy komitet powitalny. Cichy ryk przecina eter w momencie rozbłysku pierwszej serii. Trzy strzały wystarczają aby
zwalić obślizgłe cielsko na zimny grunt. Drugi jegomość chyba wykalkulował sobie sytuacje i zdecydował się na odwrót. Zła decyzja. Świecąc swą latareczką przymocowaną
do broni, wprost w jego pokryte dziwnym materiałem plecy, wypluwam zaledwie jeden nabój. Więcej mi szkoda, trzeba oszczędzać. Tyle w zupełności wystarcza. Gość
pada jak ścięte drzewo, wijąc się nerwowo, niczym nabita na hak dżdżownica. Głuchy jęk kobiecego głosu dobiega do mnie, uświadamiając sytuacje. Mimo wszystko kiedyś
mógł być to nasz brat, sądząc czy kolega. Nie wypada tak to zostawiać. Wykonuję kilka kroków w stronę wijącego się dzikusa i wyrywając zza pasa swoją pukaweczkę,
ukrócam biedakowi cierpienie. Tak już lepiej. Choć tym razem nasz towarzysz-kierowca jest mniej zadowolony, jednak każdemu się nie dogodzi, nieprawdaż? Korzystając z
chwili zastoju biorę głęboki wdech. Chłodne, wilgotne powietrze wywołuje lekkie mrowienie na całym ciele. Jak ja to lubię. Najlepszy sposób na rozbudzenie się. Albo
jeszcze garść lodowatej wody chluśniętej wprost w zaspane oczy. Oj tak!
-Zmykamy, więcej problemów nam już tu nie potrzeba -Poważny głos naszego szefunia wyprawy muszę przyznać budzi szacunek. Choć ma niewiele ponad 20 lat podobnie jak ja,
jego wieczna chrypka budzi swojego rodzaju... podziw. Może i swoją rolę odgrywa tu też jego opanowanie i wprawa w niebezpiecznych sytuacjach, jak ta przed sekundą?
Niemniej jednak dobrze mieć go w swoim składzie. Nie mówiąc zbyt wiele pakuję się na powrót na swój ciepły fotel pasażera. Rzucam jeszcze okiem na naszą towarzyszkę.
Ta pozwoliła sobie lekko odpłynąć. Ściskając w dłoni pewien różnokształtny przedmiot, mruga wpatrzona w przednie lusterko. Nieświadomie zawieszam się wpatrzony wprost
w jej ciemne oczka. Muszę przyznać, że jest w nich coś przyciągającego. Jak w całej ich właścicielce, która przelotnie odwzajemnia spojrzenie,
przeskakując znów na szybę. Czuję, że rośnie mi na twarzy uśmiech. W tej samej chwili nasz metalowy potwór powraca do życia, odklejając się od przeszkody. Kierowca
z wprawą wyrywa auto do tyłu, zarzuca na bok i przejeżdżając po zwłokach pędzi asfaltem w górkę, ku wskazanemu na mapie miejscu. Cichy zgrzyt kości, łamanych pod
naciskiem maszyny pozostawia w mojej świadomości nieprzyjemny powiew. Chyba już sobie tak łatwo nie zasnę. Tym bardziej, że cel jest już tuż tuż.
***
Panie kolego, to nie są żadne wymysły a rzeczywistość. Oni wiedzą co robią, organizują się i w ogóle. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że ich sposób porozumiewania
niesie ze sobą wiele pytań. Nikt jeszcze nie usłyszał aby coś do siebie mówili. Po prostu zachowują się jak stare małżeństwo, które rozumie się bez słów. Ja robię to
a ty tamto i wszystko. To nie jest raczej jakaś wyższa, lepiej rozwinięta forma nas samych, ale i niema tu mowy o żadnym regresie ewolucyjnym. Takie niezbadane
całkiem nowe, uniwersalne alter-ego przeznaczone dla wybranej grupy.
-Proszę mi wybaczyć profesorze ale to jest stek bzdur.
-Uważaj młody człowieku. To nie przelewki, nie masz już u boku policjanta jak i prawa. W każdej chwili ktoś gotów jest bez zawahania wpakować swoje ostrze w plecy,
zagarniając we własne ręce całe twoje wyposażenie. Mogę to być ja, twój kompan jak i spotkany przypadkiem handlarz.
-A więc sugerujesz aby usuwać takie zagrożenia, pakując każdemu napotkanemu kulkę między oczy?
-Nie do końca. Źle odbierasz moje słowa. -Odpuszczam sobie ciągnięcie w nieskończoność tej rozmowy. Powiedzmy że poglądy regulowane różnicą wiekową i doświadczeniem
nie pozwolą dojść nam do konsensusu. W milczeniu zagarniam pożywienie do plecaka, sprawdzam magazynki i biorę się za przyszywanie łaty przy lewym rękawie bluzy. W tym
samym czasie w progu pojawia się Futon. Pocierając zaspane i poklejone oczy mruczy coś o czasie i że musimy ruszać dalej. Ledwo co przybyliśmy na miejsce a już musimy
wiać naprzód. Szkoda, że nie pozostaniemy dłużej w bazie naszej jednostki. Chociaż liczy ona oprócz nas dziesięć osób, jest tu dosyć przytulnie. Kto spodziewałby się,
że pusty budynek po małym markecie będzie dla niektórych osób ostatnim bastionem. Obudowane blachami drzwi wejściowe i wszystkie okna, prowizorycznie wydzielone
kilkumetrowe przestrzenie, oddzielone pułkami sklepowymi, służące jako pokoje. Zapytasz o wystrój? Jakiś materac, kwiatek, różne klamoty na półkach i latarka. Czego
potrzeba więcej? Mały magazyn przerobiony na cuchnącą zagrodę dla jeszcze żywego mięsiwa. Wolne przestrzenie wypełnione w hali donicami z różnego rodzaju
warzywami, owocami itp. W miejscu gdzie były trzy kasy ułożono interesujący mur z przeróżnych klamotów, sięgający pod sam dach, w którym warto zauważyć postarano się
o wybicie wielkiego otworu na rurę odprowadzającą dym z głównego paleniska. Dodatkowo przy wyjściu porozstawiano kilka interesujących pułapek. Niestety są to dosyć
niezdarne chwyty. Większość uwagi przeszła teraz na budowę piwnicy. Aktualnie prace stanęły na etapie wykopania dwumetrowego dołu. Zawsze to coś. Muszę przyznać,że
jest tu dosyć przyjemnie. Nigdy nie przypuszczałem, że będę mógł się czuć aż tak przyjemnie w jakimś sklepie. Zapach smażonego mięsa, kwiatków i trącający co jakiś
czas swojski powiew przy otwarciu drzwi do magazynu. Jakbym był na dawnej wsi. Tylko te światło. W dzień jeszcze tako jako szyby pancerne umieszczone w dachu pozwalają
coś zobaczyć ale kiedy zajdzie słońce? Bez latarki ani rusz. Na szczęście zapas baterii wystarczy na kilka miesięcy. Wystarczająco czasu aby zadbać o oświetlenie.
Tylko co z... moje myśli nagle urywają się. Przede mną stoi rozczochrana Rada. Ściskając w ręku kubek z mlekiem, poprawia lekko przydługą, szarą bluzę. Wyraźnie ma
ochotę coś mi powiedzieć. Widzę to po jej oczach. Niestety decyduje się na sekundowy uśmiech, znikając znów między porozmieszczanymi w sąsiedztwie niby-domkami.
Rozumiem, że czas ruszać. Zarzucam na ramię plecak i salutując profesorkowi przekraczam próg jego małego pokoiku.
***
Odbiegnijmy nieco wprzód. Zaledwie kilka dni zajęło nam dostanie się do celu wyprawy - drobnej mieściny zlokalizowanej na pomorzu. Szeroka, żółta plaża, jeszcze
szersza ciemno-niebieska tafla aż w końcu nie do ogarnięcia okiem, pokryte niezliczoną ilością szarych, puszystych chmur niebo. Z początku poczułem się nieswojo.
Ten ogrom zaczął mnie lekko przerażać, odbierając na kilka chwil tchnienie. Dziwne uczucie. Od kiedy tylko poznaliśmy się naszym jedynym marzeniem było dostanie się tu.
Z tej drobnej myśli, planu, czerpaliśmy radość i motywacje na kolejne ciężkie chwile. A więc skąd ten cholerny smutek? Co mamy dalej począć? Każdy dzień ogranicza się
do zadbania o pożywienie, odnalezienia bezpiecznego miejsca i przeżycia następnego i następnego dnia na tej ziemi. Czy potrzeba nam kolejnego marzenia? Zapewne tak.
Musimy się w pewien sposób określić, odnaleźć. Tym razem nie za blisko ani nie za daleko.
-Watashi! -Cięta dłoń naszej kompanki ląduje na moim ramieniu. Lekki uśmiech i pogodne oczy zdradzają chęć rozmowy. Niesamowite. Zupełnie nie wiem jak mam w tej chwili
zareagować.
-Watashi... Pamiętasz ciepłe promienie słońca o poranku wywołujące niezależnie od nas uśmiech na twarzy? Pierwsze sekundy po zbudzeniu się w letni dzionek, gorącą
herbatę popijaną w soczysto-zielonym otoczeniu ogrodowych roślinek? Zapach świeżego deszczu po długim okresie suszy? Milony płatków śniegu z gracją sunących na
bielutko wyścielaną glebę? Biały puch migający tysiącami światełek? Pomarańczowe płomyki tańczące na wodzie? -Zupełnie nie wiem co odpowiedzieć, czując jedynie
ciepłe wibracje w klatce piersiowej.
-Czemu mamy przejmować się złem, problemami, filozofować i rozważać wiele kwestii? Drapać się po głowie na myśl o niepojętej przestrzeni kosmicznej, niezbadanej
przeszłości i niepojętej przyszłości? Kurde! Chcę być szczęśliwa i to osiągnę. Jednak nie grzebiąc w wysokich sferach psychologicznych, poznając najlepsze drogi do
szczęścia opisane przez najwyższych uczonych. Nie! Ja pójdę śladami dziecka zachwyconego tym wszystkim. Mało wiem, jeszcze mniej chcę wiedzieć. Skoro granica między
złem a dobrem ściera się przy braku odniesienia, to samo dzieje się z mądrością i głupotą. W końcu to co nas zamartwia to właśnie wiedza i świadomość niektórych spraw.
Ale my chcemy być przecież szczęśliwi. Jaki jest sens aby było inaczej?
-A jeżeli szczęście ściera się i ze smutkiem
-W tym przypadku i tak chcemy być pełni radości i chęci.
-Dziwna jesteś -Rzuca dosyć oschle Futon.
-Spadaj. Nikt nie jest normalny, wszyscy są jacyś dziwni. A więc to normalność w prawdziwej definicji słowa "dziwne" jest na miejscu.
-A więc skoro wszystko się ściera to nic niema sensu.
-Watashi... szczerze? Mam te wszystkie rozważania gdzieś. Życie na nas czeka! -Rada z uśmiechem pociąga łyk wody z plastikowej butelki i głęboko wzdychając kieruje
się w stronę samochodu. Nie przypuszczałem, że ona jest taka dziwna. Ale ja to lubię. Bardzo lubię.
niedziela, 15 września 2013
Psychologia szczęścia: Happiness
Początek, w miarę krótko i konkretnie. Szczęście to nie pojęcie jakie powinniśmy poddawać szerszym definicjom. Nie rozkładajmy na czynniki pierwsze i co ważne nie szukajmy tej radości. Nie powiem Ci czym jest szczęście, nie podam źródeł i sposobów czerpania bo to indywidualny temat i jedynie my sami znamy wyjścia. Najważniejsza rzecz jakiej tylko potrzebujemy, to abyś tylko uświadomił sobie coś. 1/3 świadomego życia spędzamy w pracy, 2/3 z kolei poświęcamy swoim potrzebom fizjologicznym aby można było funkcjonować. Ostatnią część 3/3 stanowi czas wolny. Wiesz który z tych trzech elementów sprawia nam największy problem odbijając się niekiedy negatywnie na pozostałych częściach? Oczywiście 3/3 - czas wolny. Nawet nie uwierzysz jak wiele osób marnotrawi go poświęcając na wypoczynek (choć są już wypoczęci) czy na niektóre rytuały dające złudne poczucie szczęścia. Jak wielu z nas nawet nie wie jak odnaleźć się w tych kilku wolnych chwilach. Nienauczeni życia w tej kwestii zazwyczaj rozkopujemy swoje smutki, przyprawiamy naszą psychikę o różne wypaczenia czy w końcu uciekamy od tego cennego czasu dając się pożreć przez telewizor, komputer. Zbyt dużo tych złudnych źródeł szczęścia zadomowiło się w naszych nawykach. Jednak zapewne skoro to czytasz masz ochotę jakoś poprawić swój stan, czyż nie? Odnaleźć to coś, co wywoła błogi uśmiech i ciepło w sercu inspirując do wstawania każdego dnia i uświadamiając, że życie jest piękne. Wiesz co powinieneś zrobić najpierw? Otwórz teraz notatnik i wypisz minimum 20 swoich marzeń. Opieraj się na swoich zainteresowaniach, poczynając od najdrobniejszych rzeczy jak - zjeść coś słodkiego aż do tych wyższych jak zakupić mój wymarzony samochód. Najważniejsze jest to abyś uświadomił sobie, że istnieje tak wiele potrzeb, których pragniemy jednak nie realizujemy. Jeżeli już wylejesz z siebie listę życzeń (co nie jest takie łatwe, jednak skup się) zacznij realizować niektóre z nich.
Życie mamy tylko jedno a czasu wolnego dla samokształcenie nie aż tak wiele jak się na pierwszy rzut oka wydaję. Czemu jednak niektórzy w tak szybkim tempie osiągają wielkie sukcesy? Doceń 1/3 i 2/3 (Praca i potrzeby) i realizuj je z uśmiechem na twarzy, nie dawaj porwać się rutynie i stawiaj przed sobą nowe wyzwania. Nawet w typowo-fizycznej pracy pozbawionej możliwości większego rozwoju staraj się wykonywać czynności szybciej, sprawniej, nie czyń z siebie robota nastawionego na jeden skrypt a działaj lepiej, lepiej i coraz lepiej. To jeszcze nie koniec! A co ze snem? Tutaj też możesz pięknie wykorzystać czas kształtując siebie i swoją psychikę we śnie. Pamiętaj swoje sny, myśl o nich a każdego ranka będziesz bogatszy o nowe doznania. Nie na darmo sny nazywa się listami od naszej podświadomości, jest to niedoceniany i za razem niesamowity sposób na samorozwój. Świadome sny i ich pozytywne cechy opisywane były wielokrotnie przez specjalistów i uznanych ludzi.
A więc na każdej płaszczyźnie możesz w pełni realizować siebie, oddając się rzeczom które sprawiają Ci prawdziwą radość. Przeczytaj kolejny raz sporządzoną listę marzeń i weź się za siebie. Albo wiesz co... odpuść sobie. Idź przed telewizor czy komputer, weź paczkę chipsów i colę i baw się dobrze. Jak wolisz. To będzie dużo prostsze. W końcu po co się przemęczać, nie? Nie ryzykuje, zostaje przy tym co znam i jestem... "szczęśliwy".
Życie mamy tylko jedno a czasu wolnego dla samokształcenie nie aż tak wiele jak się na pierwszy rzut oka wydaję. Czemu jednak niektórzy w tak szybkim tempie osiągają wielkie sukcesy? Doceń 1/3 i 2/3 (Praca i potrzeby) i realizuj je z uśmiechem na twarzy, nie dawaj porwać się rutynie i stawiaj przed sobą nowe wyzwania. Nawet w typowo-fizycznej pracy pozbawionej możliwości większego rozwoju staraj się wykonywać czynności szybciej, sprawniej, nie czyń z siebie robota nastawionego na jeden skrypt a działaj lepiej, lepiej i coraz lepiej. To jeszcze nie koniec! A co ze snem? Tutaj też możesz pięknie wykorzystać czas kształtując siebie i swoją psychikę we śnie. Pamiętaj swoje sny, myśl o nich a każdego ranka będziesz bogatszy o nowe doznania. Nie na darmo sny nazywa się listami od naszej podświadomości, jest to niedoceniany i za razem niesamowity sposób na samorozwój. Świadome sny i ich pozytywne cechy opisywane były wielokrotnie przez specjalistów i uznanych ludzi.
A więc na każdej płaszczyźnie możesz w pełni realizować siebie, oddając się rzeczom które sprawiają Ci prawdziwą radość. Przeczytaj kolejny raz sporządzoną listę marzeń i weź się za siebie. Albo wiesz co... odpuść sobie. Idź przed telewizor czy komputer, weź paczkę chipsów i colę i baw się dobrze. Jak wolisz. To będzie dużo prostsze. W końcu po co się przemęczać, nie? Nie ryzykuje, zostaje przy tym co znam i jestem... "szczęśliwy".
niedziela, 8 września 2013
Garść informacji, tona szczęścia!
Wraz z dzisiejszym dniem ukończyłem czytać świetną książkę twórcy teorii przepływu (flow), specjalisty z psychologii pozytywnej, Mihaly Csikszentmihalyi'ego "Urok codzienności". Od dłuższego czasu miałem wielką ochotę sięgnąć po ten tytuł. Jest to dosyć krótka rozprawa na temat szczęśliwego, pełnego życia. Przez kilka dni lektury odnalazłem poparcie wielu moich teorii, uzupełnienie innych poglądów jak i udoskonalenie dotychczasowych technik rozwoju. Wierzę, że te 91 stron cennej wiedzy, którą przez całe swe życie doskonalił Mihaly odbije się znacznie na moim aktualnym stylu życia. Chcę również i podzielić się z wami cennymi informacjami z książki, które w oparciu o moje uprzednie doświadczenia zaowocują kilkoma artykulikami jakie pojawią się w najbliższym czasie wraz z dopiskiem "Psychologia Szczęścia". Taki mój mały cykl, droga do udoskonalenia samego siebie. Mam nadzieję, że i Ty ruszysz z miejsca razem ze mną :)
Mental
Tym razem chciałbym jedynie zwrócić uwagę na bardzo ważny problem dotyczący samorozwoju, kształtowania siebie i swojej psychiki oraz mentalności polskiej która zdecydowanie to utrudnia. Nie muszę chyba wytykać faktu, że szare polaczki kierują się przede wszystkim stereotypami, które z racji mocno zakorzenionych w naszej historii, tradycji i kulturze wpływów z chrześcijaństwa stają się w niektórych kwestiach niezłym bagnem. Zmierzam oczywiście do kwestii opętań które spadną na każdego kto praktykuje medytacje, oobe, świadome śnienie i inne tego typu metody samorozwoju. Częste głosy osób, które niestety nie mają pojęcia o czym piszą, jednak usilnie wciskają się ze swoim zdaniem, mogą przyprawić niektórych, szczególnie zainteresowanych tymi rzeczami osoby o niezłe schizy. Musimy coś sobie wytłumaczyć, zrozumieć i zakodować. Życie jest brutalne i trzeba sobie radzić. Kościół to nic innego jak instytucja, która zna się na tym jak obracać ludźmi co już niejednokrotnie udowodniła w historii. Posługując się w ostatnim czasie swoim mocnym argumentem - opętanie, tworząc filmy dokumentalne, wydając książki itp. mają w końcu jakiś punkt zaczepienia aby utrzymać wiernych w strachu i wierności. Nie trudno zauważyć, że coraz więcej osób odwraca się od chrześcijaństwa pomimo próśb. Pozostają więc groźby. Oczywiście nie krytykuję kościoła bo to nie w moim stylu, lecz zwracam uwagę na fakt, że ktoś tutaj nieźle miesza prawdą robiąc niektórym z rozumu sieczkę. Ale zacznijmy na spokojnie po kolei.
OOBE czyli out of body experience, praktykowanie opuszczania ciała podczas snu lub stanu hipnozy w postaci ciała astralnego. Całkiem ciekawe czyż nie? W rzeczywistości jest to jednak tylko jeden z innych snów jakie miewamy w nocy i nic więcej. Trik między innymi tkwi w uświadomieniu sobie i wierze w to zjawisko co przekłada się na sen (Czyli przy odpowiedniej praktyce co sobie tylko zażyczysz może Ci się przyśnić). Lecz jakie jest tutaj stanowisko duchownych? Chyba nie muszę tłumaczyć. Ogólnie zagłębianie się we własne sny i analizowanie ich (byle nie na podstawie senników!!!) pozwala nam pojąć lęki jakie w nas żyją i ich się pozbyć. Najpopularniejszym takim snem który odnosi się ściśle do jednego z problemów naszej psychiki jest uciekanie przed kimś w dosyć zwolnionym tempie. Jest to przypadek snu cyklicznego o nieregularnych powtórkach który można łatwo zrozumieć i wyeliminować jego przyczynę. Krótko mówiąc sny to nic innego jak listy od naszej kochanej podświadomości, które pozwalają nam rozwinąć się.
Idziemy dalej. Medytacja! Ojj tak tu już krytyka leje się obficie. Otwieranie się na demony i te inne... straszne rzeczy. Inne równie bezsensowne tłumaczenie które niedawno obiło mi się o uszy to "Bóg dał nam nie po to rozum abyśmy go wyciszali". Za przeproszeniem jedna wielka bzdura nie poparta jakimikolwiek dowodami. Medytacja w ogólnym zamyśle to nic innego jak prosto pisząc "zgłębianie się w myślach". Niema tu żadnej niebezpiecznej praktyki okultystycznej, rysowania portali dla potworów z innego wymiaru czy rozmawiania z duchami typu Kacperek latającymi tam i z powrotem, o czym przeświadczona jest masa wierząca. Dziękuję dobranoc.
Mógłbym pisać jeszcze o czakrach, świadomym śnieniu czy nawet autosugestii, której też się dostaje... ale to niema sensu. Samo słowo - samorozwój odnosi się do nas samych chcących poprawić zakres swoich możliwości. Poznać i zrozumieć siebie, rozwiać mgłę tajemnic jaka rozpościera się w naszym umyśle, pojąć niektóre fakty i spojrzeć na życie w odpowiednim dla siebie kącie. Jednak czy nie lepiej jest nakarmić kogoś bzdurami aby tylko odciągnąć go a raczej odstraszyć od możliwości zgłębienie i zrozumienia siebie, swojej tożsamości, aby łatwiej było manipulować? Czy ja zyskuje na promowaniu technik samorozwoju? Nie. Czy kościół w przypadku rozpowszechnienia tego coś traci? Z pewnością.
Tysiące osób korzysta ze wspomnianych przeze mnie technik i jakoś nikt się nie skarży. Oczywiście czasami wyskoczy jakiś delikwent, który naoglądał się odpowiednich filmów czy nasłuchał kazań i ma zakodowane, że rozwijając się w ten sposób może narazić się na opętanie. Przyprawi się o niezłe schizy i będzie panikował na polu gdzie niema żadnego zagrożenia. To tak jak w ciemnym lesie. Możesz spokojnie iść i nic Ci nie zagrozi lecz spróbuj przed tym obejrzeć jakiś horror czy nasłuchać się opowiastek o wilkołakach gwałcicielach i już będziesz pędził do domu w popłochu z pikawą przy samym przełyku.
OOBE czyli out of body experience, praktykowanie opuszczania ciała podczas snu lub stanu hipnozy w postaci ciała astralnego. Całkiem ciekawe czyż nie? W rzeczywistości jest to jednak tylko jeden z innych snów jakie miewamy w nocy i nic więcej. Trik między innymi tkwi w uświadomieniu sobie i wierze w to zjawisko co przekłada się na sen (Czyli przy odpowiedniej praktyce co sobie tylko zażyczysz może Ci się przyśnić). Lecz jakie jest tutaj stanowisko duchownych? Chyba nie muszę tłumaczyć. Ogólnie zagłębianie się we własne sny i analizowanie ich (byle nie na podstawie senników!!!) pozwala nam pojąć lęki jakie w nas żyją i ich się pozbyć. Najpopularniejszym takim snem który odnosi się ściśle do jednego z problemów naszej psychiki jest uciekanie przed kimś w dosyć zwolnionym tempie. Jest to przypadek snu cyklicznego o nieregularnych powtórkach który można łatwo zrozumieć i wyeliminować jego przyczynę. Krótko mówiąc sny to nic innego jak listy od naszej kochanej podświadomości, które pozwalają nam rozwinąć się.
Idziemy dalej. Medytacja! Ojj tak tu już krytyka leje się obficie. Otwieranie się na demony i te inne... straszne rzeczy. Inne równie bezsensowne tłumaczenie które niedawno obiło mi się o uszy to "Bóg dał nam nie po to rozum abyśmy go wyciszali". Za przeproszeniem jedna wielka bzdura nie poparta jakimikolwiek dowodami. Medytacja w ogólnym zamyśle to nic innego jak prosto pisząc "zgłębianie się w myślach". Niema tu żadnej niebezpiecznej praktyki okultystycznej, rysowania portali dla potworów z innego wymiaru czy rozmawiania z duchami typu Kacperek latającymi tam i z powrotem, o czym przeświadczona jest masa wierząca. Dziękuję dobranoc.
Mógłbym pisać jeszcze o czakrach, świadomym śnieniu czy nawet autosugestii, której też się dostaje... ale to niema sensu. Samo słowo - samorozwój odnosi się do nas samych chcących poprawić zakres swoich możliwości. Poznać i zrozumieć siebie, rozwiać mgłę tajemnic jaka rozpościera się w naszym umyśle, pojąć niektóre fakty i spojrzeć na życie w odpowiednim dla siebie kącie. Jednak czy nie lepiej jest nakarmić kogoś bzdurami aby tylko odciągnąć go a raczej odstraszyć od możliwości zgłębienie i zrozumienia siebie, swojej tożsamości, aby łatwiej było manipulować? Czy ja zyskuje na promowaniu technik samorozwoju? Nie. Czy kościół w przypadku rozpowszechnienia tego coś traci? Z pewnością.
Tysiące osób korzysta ze wspomnianych przeze mnie technik i jakoś nikt się nie skarży. Oczywiście czasami wyskoczy jakiś delikwent, który naoglądał się odpowiednich filmów czy nasłuchał kazań i ma zakodowane, że rozwijając się w ten sposób może narazić się na opętanie. Przyprawi się o niezłe schizy i będzie panikował na polu gdzie niema żadnego zagrożenia. To tak jak w ciemnym lesie. Możesz spokojnie iść i nic Ci nie zagrozi lecz spróbuj przed tym obejrzeć jakiś horror czy nasłuchać się opowiastek o wilkołakach gwałcicielach i już będziesz pędził do domu w popłochu z pikawą przy samym przełyku.
środa, 4 września 2013
Niezwykłe chwile, każdego zwykłego dnia.
Wraz z coraz częstszym delektowaniem się naszymi ulubionymi czynnościami - czytanie książki, ćwiczenie, gotowanie, uczenie się, nieuniknięte jest wdarcie się nudy i monotonii. W tym przypadku kiedy robimy to każdego dnia nasza fascynacja i ekscytacja zazwyczaj osiąga stan obojętności, taki status quo. Robimy bo robimy... było to przedwczoraj, wczoraj to i będzie dzisiaj. Podchodzę do tego bo to lubię. Pytanie jednak - czy zapamiętujemy aż tak wiele z tego co robimy teraz w porównaniu do okresu kiedy byliśmy zachwyceni, uskrzydleni? A więc jak przyswajaliśmy wiedzę w naszych początkach z daną dziedziną a jak jest teraz? Wraz z pojawieniem się monotonii, przyzwyczajenia, nawyku, po prostu oswajamy się z sytuacją. Reagujemy mniej emocjonalnie i co za tym idzie wkładamy w to mniej serca. Oczywiście zaangażowanie się jest nadal na wysokim poziomie, w końcu czerpiemy z tego szczęście, aczkolwiek te zauroczenie jest już dawno za nami. A więc z własnego przykładu moje początkowe starty w biegach na pobliskim boisku utkwiły mi w głowie jako powiew świeżości w moim życiu. Jednak sięgając wspomnieniami jak się czułem przy kolejnym i kolejnym starcie, moja świadomość prezentuje mi obrazy bardzo ogólne. A więc jak pierwszego dnia pamiętam ten zapach powietrza, pogodę, ilość okrążeń, nawet ten odgłos podeszwy odbijającej się od podłoża, tak któraś z kolei wyprawa nie dostarcza już tylu emocji i wrażeń pozostawiając we wspomnieniach sam fakt że biegałem. Gdybym teraz tak to ciągnął dalej i dalej po pewnym czasie stałoby się to moim normalnym nawykiem. Biegam bo biegam. Robię postępy i to mnie cieszy jednak ta radość nie jest aż tak silna, kiedy stawiałem swoje pierwsze kroki. Jestem z tym oswojony i emocjonalnie "uspokojony". Jednak czy tego tak naprawdę chcemy?
Zastanówmy się co byśmy wybrali... codzienna mała dawka radości, czy co dany z kolei dzień duża dawka emocji, pobudzenia, zauroczenia jaką znamy ze swoich pierwszych razów? Odpowiedź chyba jest oczywista. Lecz nie wspomniałem o jednym ważnym elemencie! pytanie odnosi się do jednej przyjemności, a więc co dzieje się kiedy mamy ich kilka? Jesteśmy w stanie codziennie otrzymywać najwyższe dawki radości! A więc dysponując kilkoma źródłami nie popadamy w monotonie czyniąc każdy dzień magicznym! Czy to nie wspaniałe? Jednak jak do tego dojść krok po kroku?
Kolejny raz na przykładzie biegania... jak wspominałem po kilku razach nasz rozum ze wszystkich wypadów wyciąga najważniejszą cechę i tylko ją zapamiętuje, aby nie przeciążać się zbytnio pozostałymi. A więc każdego dnia biegając na tym samym odcinku, w okresie zima - lato będę miał wspomnienia z biegania kiedy świeciło słonko i kiedy było mroźno. Dorzućmy jednak do tego, że przez dajmy na to miesiąc słuchałem wybranej playlisty przy każdym treningu. Wtedy nasze drzewko wspomnień rozrasta się. Mamy zapisane więcej pozytywnych emocji co automatycznie podbija nasz poziom szczęścia. To już nie sam fakt "co robiłeś przez rok?" "aaa biegałem" lecz "Biegałem wygrzewając się na słonku, biegałem w moją ulubioną porę roku - zimę i jeszcze ta super muzyka która mi towarzyszyła!".
Każdy nowy element na naszym drzewku podbija poziom naszego szczęścia wzbogacając nasze ulubione zajęcia. A więc wniosek jest prosty - Do każdej pojedynczej przyjemności (bieg) dokładajmy te drobniejsze (muzyka, nowa trasa, ulubiona pora dnia, dresik) tworząc coś nietypowego, nowego a przy tym i magicznego! Bardzo ważne jest aby uzależniać jedno od drugiego, a więc korzystamy z naszych drobnych przyjemności tylko w połączeniu ze sobą, nie oddzielnie. A więc nie chadzamy codziennie w dresiku, nie słuchamy tej muzyki itp. aby nasza magia nie uleciała. To ma być nasz rytuał gdzie wkładam wybrane szaty, zapewniam odpowiednią atmosferę i zaczynam swoje czary :) coś co pozwoli oderwać się absolutnie od rzeczywistości. Oczywiście aby nie dać się monotonii z czasem dokonujemy kosmetycznych zmian, jednak z własnego doświadczenia wiem, że robiąc to raz na jakiś czas a nie codziennie cała ta niezwykłość raczej nie ulatuję.
A więc mamy już jedno drzewko z notką "bieganie". Czy jednak to nam wystarczy? No oczywiście że nie! Trzeba posadzić drugie :D tym razem z tytułem "Pisanie". I tutaj taka sama sytuacja jak poprzednio. Mamy ulubioną, podstawową czynność i od niej odprowadzamy gałęzie - w tym przypadku odpowiednia muzyka (atmosfera), miejsce, wybrany napój - np. jakaś ciekawa herbatka której nie pijemy każdego dnia i tak dalej... tu już zależy co kto lubi.
Chciałbym zwrócić i uwagę na nieograniczone możliwości jakie możemy czerpać z takiego łączenia! Przykładowo jesteśmy po całym ciężkim dni padnięci i chcemy się położyć, odpocząć. Tutaj też możemy uczynić ze zwykłego leżenia coś niezwykłego! Naszym punktem wyjściowym "Nap time". Tutaj taka dygresja... swojego czasu zaczytywałem się w tematykę snu i wypoczynku odkrywając wiele istotnych, powszechnie nie tak znanych faktów. Przykładowo po pracy, szkole zazwyczaj nie jesteśmy w takiej dyspozycji jak rano, a więc nasza koncentracja czy sprawność fizyczna jest lekko pogorszona co może wywoływać nerwy, stres. Jednak czy mamy czas na drzemanie kiedy w domu jeszcze tyle do zrobienia? Naukowcy udowodnili, że drzemka 5-10 minutowa zdecydowanie wystarcza organizmowi aby zregenerować się i poprawić wydolność nawet o 50%!!! A więc nastawiamy sobie budzik na 15 minut i kładziemy się. Lecz co mam zrobić jak nie mogę usnąć? Nie każdy na zawołanie odlatuje, nawet będąc zmęczonym, tak jak ja. Ale to nie wyklucza faktu że pozwalamy naszym mięśniom, oczom jak i co najważniejsze psychice odpocząć. Nawet te kilka minut leżenia poprawia dostrzegalnie naszą kondycje na te kilka godzinek aż nie pójdziemy spać.
Powracając do głównego wątku, nap time to nasze drzewo. I teraz organizujemy gałęzie - możemy tutaj wpasować się z kilkoma minutami medytacji, którą gorąco polecam, możemy przemyśleć kilka spraw uciszając emocje, warto również rąbnąć sobie kawkę przed samą drzemką. Kofeina działa z opóźnieniem co sprawi, że podwajamy naszą moc!
Przykłady drzewek można mnożyć. Czytając książkę dopasuj sobie miejsce, napój, jak chcesz to muzykę, porę dnia. Oczywiście nie zawsze będziesz mógł odprawić swój rytuał, jednak nikt Ci nie każe. Ja codziennie czytam książki w różnych miejscach o różnych porach itp. jednak mam i ten swój idealny stan któremu oddaję się raz na jakiś czas i co dla mnie stanowi magię, tę niezwykłą chwilę w zwykły dzień :)
Zastanówmy się co byśmy wybrali... codzienna mała dawka radości, czy co dany z kolei dzień duża dawka emocji, pobudzenia, zauroczenia jaką znamy ze swoich pierwszych razów? Odpowiedź chyba jest oczywista. Lecz nie wspomniałem o jednym ważnym elemencie! pytanie odnosi się do jednej przyjemności, a więc co dzieje się kiedy mamy ich kilka? Jesteśmy w stanie codziennie otrzymywać najwyższe dawki radości! A więc dysponując kilkoma źródłami nie popadamy w monotonie czyniąc każdy dzień magicznym! Czy to nie wspaniałe? Jednak jak do tego dojść krok po kroku?
Kolejny raz na przykładzie biegania... jak wspominałem po kilku razach nasz rozum ze wszystkich wypadów wyciąga najważniejszą cechę i tylko ją zapamiętuje, aby nie przeciążać się zbytnio pozostałymi. A więc każdego dnia biegając na tym samym odcinku, w okresie zima - lato będę miał wspomnienia z biegania kiedy świeciło słonko i kiedy było mroźno. Dorzućmy jednak do tego, że przez dajmy na to miesiąc słuchałem wybranej playlisty przy każdym treningu. Wtedy nasze drzewko wspomnień rozrasta się. Mamy zapisane więcej pozytywnych emocji co automatycznie podbija nasz poziom szczęścia. To już nie sam fakt "co robiłeś przez rok?" "aaa biegałem" lecz "Biegałem wygrzewając się na słonku, biegałem w moją ulubioną porę roku - zimę i jeszcze ta super muzyka która mi towarzyszyła!".
Każdy nowy element na naszym drzewku podbija poziom naszego szczęścia wzbogacając nasze ulubione zajęcia. A więc wniosek jest prosty - Do każdej pojedynczej przyjemności (bieg) dokładajmy te drobniejsze (muzyka, nowa trasa, ulubiona pora dnia, dresik) tworząc coś nietypowego, nowego a przy tym i magicznego! Bardzo ważne jest aby uzależniać jedno od drugiego, a więc korzystamy z naszych drobnych przyjemności tylko w połączeniu ze sobą, nie oddzielnie. A więc nie chadzamy codziennie w dresiku, nie słuchamy tej muzyki itp. aby nasza magia nie uleciała. To ma być nasz rytuał gdzie wkładam wybrane szaty, zapewniam odpowiednią atmosferę i zaczynam swoje czary :) coś co pozwoli oderwać się absolutnie od rzeczywistości. Oczywiście aby nie dać się monotonii z czasem dokonujemy kosmetycznych zmian, jednak z własnego doświadczenia wiem, że robiąc to raz na jakiś czas a nie codziennie cała ta niezwykłość raczej nie ulatuję.
A więc mamy już jedno drzewko z notką "bieganie". Czy jednak to nam wystarczy? No oczywiście że nie! Trzeba posadzić drugie :D tym razem z tytułem "Pisanie". I tutaj taka sama sytuacja jak poprzednio. Mamy ulubioną, podstawową czynność i od niej odprowadzamy gałęzie - w tym przypadku odpowiednia muzyka (atmosfera), miejsce, wybrany napój - np. jakaś ciekawa herbatka której nie pijemy każdego dnia i tak dalej... tu już zależy co kto lubi.
Chciałbym zwrócić i uwagę na nieograniczone możliwości jakie możemy czerpać z takiego łączenia! Przykładowo jesteśmy po całym ciężkim dni padnięci i chcemy się położyć, odpocząć. Tutaj też możemy uczynić ze zwykłego leżenia coś niezwykłego! Naszym punktem wyjściowym "Nap time". Tutaj taka dygresja... swojego czasu zaczytywałem się w tematykę snu i wypoczynku odkrywając wiele istotnych, powszechnie nie tak znanych faktów. Przykładowo po pracy, szkole zazwyczaj nie jesteśmy w takiej dyspozycji jak rano, a więc nasza koncentracja czy sprawność fizyczna jest lekko pogorszona co może wywoływać nerwy, stres. Jednak czy mamy czas na drzemanie kiedy w domu jeszcze tyle do zrobienia? Naukowcy udowodnili, że drzemka 5-10 minutowa zdecydowanie wystarcza organizmowi aby zregenerować się i poprawić wydolność nawet o 50%!!! A więc nastawiamy sobie budzik na 15 minut i kładziemy się. Lecz co mam zrobić jak nie mogę usnąć? Nie każdy na zawołanie odlatuje, nawet będąc zmęczonym, tak jak ja. Ale to nie wyklucza faktu że pozwalamy naszym mięśniom, oczom jak i co najważniejsze psychice odpocząć. Nawet te kilka minut leżenia poprawia dostrzegalnie naszą kondycje na te kilka godzinek aż nie pójdziemy spać.
Powracając do głównego wątku, nap time to nasze drzewo. I teraz organizujemy gałęzie - możemy tutaj wpasować się z kilkoma minutami medytacji, którą gorąco polecam, możemy przemyśleć kilka spraw uciszając emocje, warto również rąbnąć sobie kawkę przed samą drzemką. Kofeina działa z opóźnieniem co sprawi, że podwajamy naszą moc!
Przykłady drzewek można mnożyć. Czytając książkę dopasuj sobie miejsce, napój, jak chcesz to muzykę, porę dnia. Oczywiście nie zawsze będziesz mógł odprawić swój rytuał, jednak nikt Ci nie każe. Ja codziennie czytam książki w różnych miejscach o różnych porach itp. jednak mam i ten swój idealny stan któremu oddaję się raz na jakiś czas i co dla mnie stanowi magię, tę niezwykłą chwilę w zwykły dzień :)
wtorek, 3 września 2013
Wiek
Wiek wiek wiek... durna drabinka społeczna pełna progów i przejść regulujących zgeneralizowany poziom Twojej inteligencji i pojęcia. Posiłkowanie się w tym przypadku osiągniętymi i kolejnymi granicami schematu żywota - szkoła, praca, życie na własną rękę, pomimo wpływu na nasze doświadczenia nie stanowi jednak podstawy do obojętnego szufladkowania innych. Bo nierozwinięty rozumek, bo jeszcze nie poczuł na własnej skórze tego i owego, bo jeszcze krótko żyje, bo ja mam większe pojęcie! Jakiś chory mechanizm zagnieżdżony w naszych głowach, przyglądający się wszystkim, mierzący każdego miarą względem siebie i plujący - gorszy lub lepszy. I tak gorszy ode mnie bo niższy. Gorszy ode mnie bo młodszy. Gorszy ode mnie bo chudszy. Jednak zgaśmy światło i wtedy się zmierzmy. Nie zwracaj uwagi na cyfry a na słowa. Kiedy ja imprezowałem, ten mniejszy, chudszy i młodszy się uczył... i to dużo. Czy docenię go jednak stając twarzą w twarz? Nie! Bo durne ego, porąbany mechanizm umieszcza go na niższym szczeblu. I nawet jeżeli wystosuje względem mnie odpowiednie słowa, ja pozostanę głuchy, śmiejąc się do siebie "Co ty dzieciaku wiesz". Choć tak naprawdę co ja o tym wiem? Siedzę od nie pamiętam kiedy w psychologii... przekopałem tony artykułów, masy niezależnych opinii, ściany tekstu różnych poglądów, burze i huragany doświadczeń. Wymieniałem się poglądami z innymi kiedy wyższe szczeble spały, zafascynowany zgłębiałem nowe gałęzie wiedzy kiedy wyższe szczeble siedziały przed telewizorami, zapewne pisałem swe poprzednie artykuły jak i ten teraz kiedy wyższe szczeble wypoczywają. I przyznam Ci się, że jestem pewien o jakości, wartości wyszlifowanej wiedzy jaką przez tak długi czas gromadziłem i rozwijałem. Nie jestem kimś mądrym i nigdy za takiego się nie uważałem... jednak przyglądając się starszym, którzy popełniają dziecinne błędy o których niejednokrotnie prawiłem krew mnie zalewa. Uczyłem się na ich upadkach, aby teraz przyglądać się jak znów zaliczają twardy kontakt z gruntem? Nie! Nie gromadziłem tej wiedzy dla siebie, nie rozwijam się dla siebie a dla innych. I kiedy wskazuję im palcem nierówności oni mierzą mnie swoim pieprzonym mechanizmem, następnie dając krok w przód i z nieruchomym spojrzeniem skierowanym wprost w me oczy opadają na dół. A wzrok ich mówi "Jak? Czemu?" jednak podnoszą się sami. Brawa im za to. Oddalają się ode mnie? Ich wybór. Niech pną się po tej drabinie na sam szczyt, życzę im jak najlepiej. Jednak czy ten upadek za każdym razem sprawia im aż taką przyjemność? "Nie, zostaw! Ty tego nie rozumiesz, nie pomagaj mi! Jesteś jeszcze za młody aby to pojąć! JA WIEM LEPIEJ" Jednak kiedy dasz te pięć minut, kiedy rozwinę mapę i zaznaczę na niej wszystkie przeszkody od których mam pozdzierane kolana i łokcie. "Oh! Faktycznie..." Naprawdę? Nie wymagam podziękowań ale czy było aż tak ciężko? Ja wiem, że wolimy do wielu spraw sami dojść. Jednak pomyślcie... gdyby nie mądrość innych, starania tych prawdziwych nauczycieli którzy chcą nas zainteresować a nie odbębnić swoje i wziąć wypłatę, te książki w których pisarze gromadzą wiedzę swojego życia, czym byśmy bez tego byli? Wyszlibyśmy jakoś na równą, jednak ile mogłoby nam to zająć? Nie mam zamiaru porzucać szkoły bo mi się nie chcę aby poczuć biedę na własnej skórze i tego żałować! Nie! Wystarczy mi widok i słowa "Żałuję, że nie kontynuowałem swojej edukacji". Znajdą się zwolennicy, znajdą się przeciwnicy jednak ja wiem swoje, widzę swoje i podążam SWOJĄ drogą... jednak bez innych nawet bym kroku na tej drodze nie zrobił. I powiem wam o czymś... to młodszy ode mnie nauczył mnie odpowiedniego punktu widzenia, to dużo młodszy ode mnie zadał mi banalne pytania, które otworzyły mi oczy na niektóre sprawy, to niższy ode mnie uzmysłowił mi potęgę własnych możliwości. I choć jak każdy nie uchronię się przed mechanizmem - "ile masz lat? Mniej ode mnie? To za mało jeszcze wiesz aby ze mną rozmawiać..." jednak oficjalnie wypowiadam temu wojnę! W końcu czemu mam się ograniczać? Skoro to właśnie dzieci zadają najciekawsze pytania, jednak czy my je słuchamy? "aaah coś tam młody bredzi". Pozdrawiam wszystkich tych, którzy stojąc na swoim szczeblu nie mają tej otwartości aby spojrzeć w dół!
"Może i masz rację autorze" Dziękuję, pozdrawiam i miłych kontaktów z glebą życzę... noo chyba że...
"Może i masz rację autorze" Dziękuję, pozdrawiam i miłych kontaktów z glebą życzę... noo chyba że...
poniedziałek, 2 września 2013
niedziela, 1 września 2013
Niezniszczalna metoda samorozwoju!
Analizując Unikalną perspektywę postrzegania rzeczywistości oraz Styl życia w prostej wersji, czyli artykuliki w których poruszałem głównie zagadnienie samorozwoju i postępu, doszedłem do nowych wniosków. A więc łącząc dwie garści informacji oraz dokładając nowe doświadczenia, osiągnąłem ewolucję o kilka poziomów, tworząc niezniszczalną metodę rozwoju. Na wstępie chciałbym wielce podziękować filozofii postępowania - Kaizen, która wraz z książką "Filozofia kaizen" Roberta Maurera pozwoliła mi na osiągnięcie ów sukcesu. A więc zaczynamy!
Na samym początku niezbędna będzie nam motywacja, chęć do poprawy sytuacji. Ten wewnętrzny ogień, ten surowy trener wbudowany w świadomości, który nie pozwoli nam się poddać. Który za każdym razem kiedy upadniemy wydrze się na nas i zasadzi kopa abyśmy biegli do przodu, do celu. Aby mieć tą złość w sobie i cholerne samozaparcie - "Ja nie dam rady?". Powiedzieć sobie - czas na zmiany i uderzając ręką w biurko czy co tam pod ręką, przesadzić się na inne tory. W razie czego jeszcze warto zaopatrzyć się w motywacje w postaci czy to muzyki, czy nawet najprostszego wypominania sobie błędów i celu. Najważniejsze jednak aby za każdym razem wstać. Nie pieścić się ze sobą. To jedyna droga do sukcesu. Kiedy dochodzisz do swoich granic i chwytając je z całych sił popychasz do przodu poszerzając swobodę i zakres swoich możliwości. A kiedy już odniesiesz sukces, nie będzie to uczucie radości, ani uczucie spełnienia, ale ten wewnętrzny płomień, ta rosnąca wiara w siebie pędząca niczym rtęć w termometrze wystawionym w samo południe podczas słonecznego letniego dnia. Niewyobrażalna energia. Coś pięknego...
Jedynie jeżeli decyzja została podjęta zezwalam Ci na dalsze czytanie tego tekstu :D hehe w przeciwnym razie to co napiszę nie będzie stanowiło dla Ciebie żadnej wartości. To ma nie być informacja uzupełniająca ciekawość a raczej technika samorozwoju. A więc?
W myśl kaizen - wszystko małymi kroczkami naszą pracę nad danym problemem, wadą, cechą charakteru którą chcemy poprawić, a może i umiejętnościami sportowymi itp. musimy zacząć od małego, niezauważalnego kroku. To jest jak z bieganiem... za nic nie możesz zatrzymać się! Nawet jak nie możesz już biec to idziesz do przodu. Niema czasu na zatrzymywanie się. W późniejszym czasie wierz mi, wiem o czym mówię, możesz surowo żałować tego, że nawet nie spróbowałeś. To jest coś małego, drobnego, krótka chwila która zaowocuje czymś wielkim w przyszłości. A więc chcesz, a raczej wolisz marnotrawić swój czas na oglądanie serialu który za kilka minut zapomnisz? A może na wylegiwanie się, odpoczywanie, choć jesteś wypoczętym, gotowym do pracy choć trochę leniwym człowiekiem? :)
A więc pewnie zastanawiasz się kiedy przejdę do najważniejszego? Technika ta jest prościutka i dziwne, że aż tak wielu z nas ją nie docenia. Musisz mi jednak obiecać jedno! Jeżeli decydujesz się ją wbudować w życie niema tu mowy o reakcji na nią typu - "aha, spoko, fajnie" a raczej zabranie się w milczeniu do roboty. Choćby nieważne jakie opinie Tobą kierowały. Nie oceniaj książki po okładce a weź się po prostu za nią. To jest bardzo ważny tok myślenia. Nie daj się rozproszyć. Nie napalaj się też na to :P po prostu trzy głębokie oddechy i ze spokojem zdecyduj się. Jeżeli masz jeszcze nadal wątpliwości zastosuj sprawdzoną przeze mnie technikę, którą opisywałem przy okazji walki ze słomianym zapałem. Pozwól sobie aby ta chęć, ta myśl powróciła do Ciebie kilka razy. Nie raz dała o sobie znać i zniknęła a gnębiła Cię w świadomości. Wtedy kiedy już zrozumiesz że to cholerstwo nie odpuści weźmiesz się do roboty.
Nadal brak ostatecznej wersji? A czemu to? Rozpisuje się o wszystkim i o niczym odbiegając od najważniejszego. Jednak cierpliwości. Ów techniką sprawiłem, że z lenia nie wyobrażam sobie każdego dnia bez aktywności fizycznej. Dzięki temu każdego dnia nie mam najmniejszego problemu z czerpaniem motywacji i radości z życia. Ta technika pozwoliła mi niesamowicie poprawić swoje zdolności w posługiwaniu się zarówno językiem Angielskim (choć jeszcze wiele pracy przede mną) jak i umiejętnościami w kuchni. To nie jest jakiś tam wymyślony, nieprzetestowany trick. Jestem pewien, że nawet każdy z was w pewien sposób nieświadomie z niego korzysta przeradzając zwykłe ciekawe zainteresowanie w coś co staję się dla was pasją, życiem codziennym, co jest w każdym oddechu i wdechu.
Dosyć specjalnego lania tej wody. Jeżeli nie porzuciłeś tekstu to gratuluję i zalecam skupić uwagę na moich słowach. Kluczem do sukcesu jest wyrobienie sobie nawyku. Tak! mały głupi nawyk. A więc dajmy na to chcesz napisać książkę, choć kilku zdaniowy tekst jest dla Ciebie problemem... włącz muzykę, odpal notatnik i napisz kilka zdań, nie zapisując jednak tekstu! Później znów załącz jeszcze raz i pisz aż Ci się nie znudzi. Kiedy już będziesz zadowolony ze swojego tekstu zapisz go. Jednak nie każdy ma czas aby siedzieć przy tym. Możesz znajdować się w poczekalni do lekarza. Co wtedy? Zacznij opowiadać sobie coś w głowie. Czy to takie trudne? Nie! 0 wysiłku! Idziesz do domu czy jedziesz autobusem, samochodem? Wymyśl sobie jakąś historyjkę. Te małe kroki są czymś niewyobrażalnie wielkim! I kiedy zobaczysz, że zaczyna Ci wychodzić, chwyć tą radość z postępu i ciśnij dalej. Na innym przykładzie... jesteś nieśmiałą osóbką. Idź na spacer pośród ludzi. Mijając każdego wyobraź sobie co miłego mógłbyś powiedzieć. Coś typu "Ładną ma pani koszulkę". Chyba to nic Cię nie kosztuje. Myśli nie wychodzą poza rozum, nie naginasz swojej nieśmiałości. Wyobraź sobie, że rozmawiasz z kimś nieznajomym. Oswajaj się z takimi sytuacjami. Następnie zagadaj do sąsiada, bliskiego. Później do nieznajomego.
Te małe kroki w każdym elemencie nad którym chcesz pracować to coś wielkiego. Wyrabiasz sobie nawyk pracy nad tym. Pierwsze kroki mogą wydawać się śmieszne, zbyt drobne, jednak większy jest już dla Ciebie wyzwaniem, które nie zawsze jest możliwe do zrealizowania. A więc w każdej chwili, momencie w jakim się znajdujesz możesz pracować nad czymś. Czy to wizualizacja, czy monolog czy nawet i sama praktyka. Nie popędzaj się, rób małe cierpliwe kroki. Masz czas. Nic na siłę. Jeżeli nie wychodzi próbuj dalej. Słuchaj trenera i krocz do przodu. Opanuj strach, problem. Pamiętaj! Nie zatrzymuj się! Ciągle rób te najprostsze, wydawać by się mogło nieopłacalne rzeczy. Jeżeli chcesz boksować, machaj sobie rękami, tak bez sensu, tak po prostu. Jeśli chcesz tańczyć, zacznij od nawet i kiwania głową czy tupania. Zacząć biegać? Idź na spacer i przebiegnij mały kawałek. Później zamiast autobusu wybierz spacer, aby przebiec kawałek. Wystarczą chęci i pomysł. Swój rozwój zacznij od stawiania małych kroczków, później przejdź w marsz aby nagle zacząć biec. Jednak pamiętaj! Jeżeli zmęczysz się biegnąc, nie zatrzymuj się a powróć do stawiania kroków. Cały czas do przodu!
Na samym początku niezbędna będzie nam motywacja, chęć do poprawy sytuacji. Ten wewnętrzny ogień, ten surowy trener wbudowany w świadomości, który nie pozwoli nam się poddać. Który za każdym razem kiedy upadniemy wydrze się na nas i zasadzi kopa abyśmy biegli do przodu, do celu. Aby mieć tą złość w sobie i cholerne samozaparcie - "Ja nie dam rady?". Powiedzieć sobie - czas na zmiany i uderzając ręką w biurko czy co tam pod ręką, przesadzić się na inne tory. W razie czego jeszcze warto zaopatrzyć się w motywacje w postaci czy to muzyki, czy nawet najprostszego wypominania sobie błędów i celu. Najważniejsze jednak aby za każdym razem wstać. Nie pieścić się ze sobą. To jedyna droga do sukcesu. Kiedy dochodzisz do swoich granic i chwytając je z całych sił popychasz do przodu poszerzając swobodę i zakres swoich możliwości. A kiedy już odniesiesz sukces, nie będzie to uczucie radości, ani uczucie spełnienia, ale ten wewnętrzny płomień, ta rosnąca wiara w siebie pędząca niczym rtęć w termometrze wystawionym w samo południe podczas słonecznego letniego dnia. Niewyobrażalna energia. Coś pięknego...
Jedynie jeżeli decyzja została podjęta zezwalam Ci na dalsze czytanie tego tekstu :D hehe w przeciwnym razie to co napiszę nie będzie stanowiło dla Ciebie żadnej wartości. To ma nie być informacja uzupełniająca ciekawość a raczej technika samorozwoju. A więc?
W myśl kaizen - wszystko małymi kroczkami naszą pracę nad danym problemem, wadą, cechą charakteru którą chcemy poprawić, a może i umiejętnościami sportowymi itp. musimy zacząć od małego, niezauważalnego kroku. To jest jak z bieganiem... za nic nie możesz zatrzymać się! Nawet jak nie możesz już biec to idziesz do przodu. Niema czasu na zatrzymywanie się. W późniejszym czasie wierz mi, wiem o czym mówię, możesz surowo żałować tego, że nawet nie spróbowałeś. To jest coś małego, drobnego, krótka chwila która zaowocuje czymś wielkim w przyszłości. A więc chcesz, a raczej wolisz marnotrawić swój czas na oglądanie serialu który za kilka minut zapomnisz? A może na wylegiwanie się, odpoczywanie, choć jesteś wypoczętym, gotowym do pracy choć trochę leniwym człowiekiem? :)
A więc pewnie zastanawiasz się kiedy przejdę do najważniejszego? Technika ta jest prościutka i dziwne, że aż tak wielu z nas ją nie docenia. Musisz mi jednak obiecać jedno! Jeżeli decydujesz się ją wbudować w życie niema tu mowy o reakcji na nią typu - "aha, spoko, fajnie" a raczej zabranie się w milczeniu do roboty. Choćby nieważne jakie opinie Tobą kierowały. Nie oceniaj książki po okładce a weź się po prostu za nią. To jest bardzo ważny tok myślenia. Nie daj się rozproszyć. Nie napalaj się też na to :P po prostu trzy głębokie oddechy i ze spokojem zdecyduj się. Jeżeli masz jeszcze nadal wątpliwości zastosuj sprawdzoną przeze mnie technikę, którą opisywałem przy okazji walki ze słomianym zapałem. Pozwól sobie aby ta chęć, ta myśl powróciła do Ciebie kilka razy. Nie raz dała o sobie znać i zniknęła a gnębiła Cię w świadomości. Wtedy kiedy już zrozumiesz że to cholerstwo nie odpuści weźmiesz się do roboty.
Nadal brak ostatecznej wersji? A czemu to? Rozpisuje się o wszystkim i o niczym odbiegając od najważniejszego. Jednak cierpliwości. Ów techniką sprawiłem, że z lenia nie wyobrażam sobie każdego dnia bez aktywności fizycznej. Dzięki temu każdego dnia nie mam najmniejszego problemu z czerpaniem motywacji i radości z życia. Ta technika pozwoliła mi niesamowicie poprawić swoje zdolności w posługiwaniu się zarówno językiem Angielskim (choć jeszcze wiele pracy przede mną) jak i umiejętnościami w kuchni. To nie jest jakiś tam wymyślony, nieprzetestowany trick. Jestem pewien, że nawet każdy z was w pewien sposób nieświadomie z niego korzysta przeradzając zwykłe ciekawe zainteresowanie w coś co staję się dla was pasją, życiem codziennym, co jest w każdym oddechu i wdechu.
Dosyć specjalnego lania tej wody. Jeżeli nie porzuciłeś tekstu to gratuluję i zalecam skupić uwagę na moich słowach. Kluczem do sukcesu jest wyrobienie sobie nawyku. Tak! mały głupi nawyk. A więc dajmy na to chcesz napisać książkę, choć kilku zdaniowy tekst jest dla Ciebie problemem... włącz muzykę, odpal notatnik i napisz kilka zdań, nie zapisując jednak tekstu! Później znów załącz jeszcze raz i pisz aż Ci się nie znudzi. Kiedy już będziesz zadowolony ze swojego tekstu zapisz go. Jednak nie każdy ma czas aby siedzieć przy tym. Możesz znajdować się w poczekalni do lekarza. Co wtedy? Zacznij opowiadać sobie coś w głowie. Czy to takie trudne? Nie! 0 wysiłku! Idziesz do domu czy jedziesz autobusem, samochodem? Wymyśl sobie jakąś historyjkę. Te małe kroki są czymś niewyobrażalnie wielkim! I kiedy zobaczysz, że zaczyna Ci wychodzić, chwyć tą radość z postępu i ciśnij dalej. Na innym przykładzie... jesteś nieśmiałą osóbką. Idź na spacer pośród ludzi. Mijając każdego wyobraź sobie co miłego mógłbyś powiedzieć. Coś typu "Ładną ma pani koszulkę". Chyba to nic Cię nie kosztuje. Myśli nie wychodzą poza rozum, nie naginasz swojej nieśmiałości. Wyobraź sobie, że rozmawiasz z kimś nieznajomym. Oswajaj się z takimi sytuacjami. Następnie zagadaj do sąsiada, bliskiego. Później do nieznajomego.
Te małe kroki w każdym elemencie nad którym chcesz pracować to coś wielkiego. Wyrabiasz sobie nawyk pracy nad tym. Pierwsze kroki mogą wydawać się śmieszne, zbyt drobne, jednak większy jest już dla Ciebie wyzwaniem, które nie zawsze jest możliwe do zrealizowania. A więc w każdej chwili, momencie w jakim się znajdujesz możesz pracować nad czymś. Czy to wizualizacja, czy monolog czy nawet i sama praktyka. Nie popędzaj się, rób małe cierpliwe kroki. Masz czas. Nic na siłę. Jeżeli nie wychodzi próbuj dalej. Słuchaj trenera i krocz do przodu. Opanuj strach, problem. Pamiętaj! Nie zatrzymuj się! Ciągle rób te najprostsze, wydawać by się mogło nieopłacalne rzeczy. Jeżeli chcesz boksować, machaj sobie rękami, tak bez sensu, tak po prostu. Jeśli chcesz tańczyć, zacznij od nawet i kiwania głową czy tupania. Zacząć biegać? Idź na spacer i przebiegnij mały kawałek. Później zamiast autobusu wybierz spacer, aby przebiec kawałek. Wystarczą chęci i pomysł. Swój rozwój zacznij od stawiania małych kroczków, później przejdź w marsz aby nagle zacząć biec. Jednak pamiętaj! Jeżeli zmęczysz się biegnąc, nie zatrzymuj się a powróć do stawiania kroków. Cały czas do przodu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)